Mam kolegę we Włoszech, który nie może się pogodzić z samooskarżeniem, że przez niego umarł jego tata. Bo to on przyniósł wirusa do domu. Tata był najsłabszy, miał też inne choroby. A wirusa do domu przyniósł ze spotkania swojej wspólnoty religijnej. Bardzo to przeżywa, nie umie sobie z tym poradzić - Gazeta rozmawia z o. Stanisławem Jaromi o lekcjach płynących z pandemii

(fot. Leszek Zych)
GAZETA RADOMSZCZAŃSKA: Coś się w ludziach zmienia?
Ojciec Stanisław Jaromi: - Bardzo dużo się zmienia. Wydawało się nam, że kontrolujemy świat i to w sposób perfekcyjny. A teraz doświadczamy bezradności i lęku. Szereg struktur kształtujących naszą codzienność sypie się na naszych oczach. Można powiedzieć, że właśnie dostajemy od świata naganę. Za nasz sposób bycia, nasze roszczenia, zbyt zachłanną konsumpcję, nasze aroganckie zachowania i traktowanie środowiska. Za nasze traktowanie samych siebie. Za brak troski o dobra wspólne i można by tak wymieniać jeszcze długo. Czyli za to, co religijnie nazywamy pychą. Odbieramy lekcję pokory.
Co świadczy o tym, że ludzie traktują epidemię jako lekcję?
- Wielu o tym mówi. Ale nie brak i tych, którzy nic z tego nie rozumieją. Niektórzy się buntują, inni ogłaszają przedziwne wytłumaczenia tego, co się dzieje. Są najróżniejsze, sporo z nich czerpie z religii. Przywołuje na przykład prywatne objawienia, o których nikt nie słyszał i mają wszystko jasne. Takie mocno subiektywne interpretacje pseudoreligijne świadczą o zagubieniu, podejrzliwości, strachu. Ludzie nie wiedzą, co mają o tym myśleć, nie wierzą medialnym autorytetom i wtedy pojawiają się najdziwniejsze wyjaśnienia.
Bo potrzebujemy jakiegokolwiek, żeby normalnie funkcjonować w tych nienormalnych czasach.
- Wszyscy potrzebujemy sensu. Bez tego człowiek nie jest w stanie funkcjonować. Sensu w codzienności, sensu na jutro i sensu na pojutrze, perspektywy na przyszłość.
Jak trwoga to do Boga. Dzisiaj wejście do kościołów zostało ograniczone, ale gdyby tak nie było, to byłyby pełniejsze niż przed epidemią?
- To są pewne schematy. Dla wielu to powiedzenie oznacza, że w sytuacji zagrożenia, trudności życiowych, idziemy do kościoła w sensie świątyni. A teraz wierni mają tę możliwość mocno ograniczoną. Jedni się złoszczą, inni przyjmują to jako oczywistość. Bo mówią o tym fachowcy, lekarze, rozumieją, że to kwestia odpowiedzialności za całą wspólnotę. I dlatego się ograniczamy i inaczej szukamy Bożej Obecności modląc się za udręczoną ludzkość. Najtrudniej mają ci, którzy parafię traktują zbyt konsumpcyjnie: przychodzę i oczekuję spełnienia moich potrzeb, chcę tego, co mi się należy. Także w znaczeniu duchowym: zamawiam modlitwę, mszę, intencję i oczekuję pełnej realizacji.
Żebym dobrze zrozumiał. Zapłaciłem za mszę, którą odprawi franciszkanin w klasztorze, i moje życzenie do Boga zostanie spełnione? Na zasadzie, zamówiłem, dostarczą?
- Są tacy, którzy tak właśnie myślą.
Przyznaję, że jestem lekko zszokowany. A może nie powinienem być?
- Mentalność konsumpcyjna przeszła niestety i do nas, do ludzi religijnych. Oczywiście nie mówię, że to jest częste, ale się zdarza. I to jest znów rodzaj pychy, brak pokory. Ściśle wiąże się z obrazem Pana Boga i Kościoła, jaki mamy. W sytuacji ekstremalnej widać, że on jest inny niż sobie wyobrażaliśmy. Okazuje się, jak wiele mamy subiektywnych religijności, osobistych przedziwnych duchowych ścieżek, które jakoś w Kościele funkcjonowały. Nikt tego nie piętnował, ale i nie nagłaśniał, a teraz się ujawniają. Zwłaszcza, że po zamknięciu kościołów, wiele takich inicjatyw przeniosło się do mediów. Zwłaszcza do Internetu. A tam bardzo trudno rozróżnić to, co wartościowe od głoszonych głupot. Jak mówił Pan Jezus, oddzielić ziarno od plew. Można nawet mieć wrażenie, że plew jest więcej niż zwykle. Bo ludzie mają potrzebę powiedzenia innym, jak oni rozumieją to, co się dzieje. A Kościół to wspólnota, pod przewodnictwem papieża, biskupa, proboszcza. I w tej wspólnocie idziemy do Pana Boga, sprawujemy sakramenty, czytamy Słowo Boże. I tego „razem” w tej chwili brakuje. Zgromadzenia. Przecież to po to ludzie budują na swoich osiedlach kościoły, by mieć takie wspólne miejsce. A teraz zachęca się ich, by pozostać w domu i czują się sfrustrowani.
Te święta będą zupełnie inne. Chyba nikt tak naprawdę nie jest w stanie sobie ich wyobrazić.
- Już Wielki Post jest inny. W sensie religijnym, duchowym, można powiedzieć, że mamy szczęście, że dzieje się to w Wielkim Poście. Mamy bowiem gotowe narzędzia, by się z tym zmierzyć, czyli nabożeństwa pasyjne. Są ludzie, którzy mówią: to jest moja droga krzyżowa. To mi pomaga na co dzień, gdy adoruję Pana Jezusa cierpiącego, ogołoconego, skazanego na śmierć. To jest mierzenie się ze śmiercią, nawet ze śmiercią z powodu tego wirusa, która się zbliża. To ważne, bowiem w ostatnich latach umieranie i spotkanie ze śmiercią zredukowaliśmy do szpitali, domów dla seniorów, OIOM-ów.
Odsunęliśmy od siebie. Na bezpieczną odległość.
- W domu w tej chwili mało kto umiera. Częściej chyba na ulicy, w wypadkach samochodowych. A słyszymy, że śmierć się zbliża. Codziennie mamy nowe dane, ile osób umarło w różnych krajach, ile Polsce, czy w naszym województwie. Jeszcze tego nie widzimy, ale to już jest blisko. Zdajemy sobie sprawę, że za chwilę będzie jeszcze gorzej. To jest okropne dla człowieka, który uczył się jak żyć, ale nie wie jak umierać, jak przeżyć śmierć innych. Miał wrażenie, że kontroluje swoją przestrzeń, że religijnie, intelektualnie, życiowo ma wszystko poukładane. I nagle to wszystko zostaje wystawione na egzamin, a nawet jest burzone. Na dodatek z dość niejasnych przyczyn. Tyle jest tłumaczeń ekspertów co takiego robi ten wirus. I zaczyna się nawet zmieniać postrzeganie innych ludzi. Zaczynamy widzieć w innych zagrożenie, nosiciela tej strasznej choroby.
Wszyscy nam mówią, że trzeba być ostrożnym.
- Mam kolegę we Włoszech, który nie może się pogodzić z samooskarżeniem, że przez niego umarł jego tata. Bo to on przyniósł wirusa do domu. Tata był najsłabszy, miał też inne choroby. A wirusa do domu przyniósł ze spotkania swojej wspólnoty religijnej. Bardzo to przeżywa, nie umie sobie z tym poradzić.
Nie rodzi się wtedy w człowieku bunt? To ja, dobry katolik, wracam ze spotkania z Bogiem, a ten Bóg zabiera mi ojca?
- Rodzą się wtedy różne myśli. Próbujemy się z tym zmierzyć. Ja zaproponowałem mu to, czego nauczyło mnie życie. W Kościele nazywamy to perspektywą fides et ratio. Ratio, racjonalne, wytłumaczalne, czyli to co wiemy, co mówią eksperci, na co mamy jakiś wpływ. I fides, czyli wyjaśnienie na poziomie wiary i religii. Analizowaliśmy to w ten sposób i on zobaczył, że nie miał wpływu na drogę przenoszenia się wirusa, zrozumiał, że był jednie nieświadomym instrumentem. Nie podjął żadnej świadomej, dobrowolnej decyzji, zatem nie popełnił grzechu. Przyjął to i wtedy zrozumiał, że panem życia i śmierci jest sam Jezus, że on towarzyszy nam w naszym cierpieniu, leczy nasze utrapienia, uczy miłosierdzia, jest dobrym pasterzem i przewodnikiem w drodze do nieba. Gorsze było to, że w tej wspólnocie osoba, która pierwsza przyniosła do niej wirusa, umarła w poczuciu buntu. Z przekonaniem, że Pan Bóg ją opuścił, choć wcześniej lekceważyła wszystkie zalecenia bezpieczeństwa głosząc, że sam Bóg ją ochroni. I gdzie tu jest zaufanie Panu Bogu, a gdzie zwyczajna głupota? Z tym cały czas się mierzymy. I nie jest to łatwe. Jeżeli przyjmę ratio, wsłuchuję się w głos nauki, z szacunkiem przyjmuję ekspertów i fachowców, to na fides i tak zostaje mi sporo przestrzeni.
Ludzie szukają u ojca porady, pocieszenia, nadziei? A może wystarcza im po prostu rozmowa?
- Niektórzy dzwonią, inni piszą. Osobistych spotkań jest mniej z oczywistych względów. Widać poszukiwanie punktów odniesienia. Używając młodzieżowego języka, ludzie szukają odpowiedzi na pytanie: jak to wszystko ogarnąć? Jak odnaleźć osobistą relację wobec tych wydarzeń? Przede wszystkim trafiam na bezradność ludzi, zagubienie w nadmiarze informacji i interpretacji.
Oczekują nadziei? Chcą usłyszeć, że wszystko będzie dobrze?
- Może dlatego dzwonią do księdza. W tych rozmowach nie przyjmuję postawy eksperta, rozmawiamy, towarzyszę w trudnościach i wątpliwościach. Czasem są to rozmowy na tematy fachowe dotyczące geografii wirusa czy też filozofii życia. A czasem o Wielkim Poście i o tym, że Pan Jezus wyprowadził nas na pustynię, pokazał, że prochem jesteśmy, ale potem idzie z nami dalej i daje nam pokarm na drogę. I tego doświadczamy. To uspokaja duchowo. Ale też mówię, że na końcu jest Zmartwychwstanie. I na nie chcemy być gotowi.
Czy epidemia to dla tych dzwoniących kara za nasze życie? Początek końca świata?
- Oczywiście, że w takim momencie są i takie interpretacje. Nawet prymas prostował, że Bóg nie przychodzi do nas jako epidemia. To wiąże się z naszym obrazem Pana Boga. Czy to dobry ojciec, który z miłości stworzył nam piękny świat i błogosławi każdego dnia, czy raczej surowy sędzia czyhający na nasze potknięcia, żeby nas ukarać. Od razu powiem, że ten drugi nie jest nasz, katolicki, ale funkcjonuje, powielany choćby w literaturze. I niektórym coś tam wyjaśnia. Popełnił zło, otrzymał karę, zrobił dobry uczynek będzie nagroda. To łatwiejsze niż odkrycie Boga, który z miłości do nas został człowiekiem, przyjął nasze dole i niedole, umarł na krzyżu i w poranek wielkanocny ogłasza zwycięstwo życia, by zaprosić nas do naśladowania go poprzez właściwy styl życia i czyny miłosierdzia.
Czy to jest moment zwielokrotnionych nawróceń?
- Sytuacje graniczne, a myślę, że w takiej się znajdujemy, zawsze stawiają szereg mocnych pytań. O sens życia, sens życia po życiu, sens życia wiecznego, sens cierpienia i śmierci moich bliskich. Jeszcze trudniej jest jeśli uznamy, że to co przeżywamy jest niesprawiedliwe. A może być jeszcze trudniej. Uczestniczę w takim projekcie, gdzie próbujemy przygotować narzędzia, dzięki którym łatwiej będzie sobie z tym poradzić. Co proponujemy? Samoograniczyć się. Powściągnąć nasze roszczenia. Wobec polityków, wobec samorządowców, pracodawców, wobec swojej parafii, w ogóle świata. Zrozumieć, że wszyscy mamy ciężko, że mierzymy się z sytuacjami nietypowymi i nowymi dla wszystkich. Wybrać minimalizm, brać to co konieczne, niezbędne, rezygnować z reszty. Mnie osobiście bliska jest postawa biblijnego Hioba, który mówił: Pan dał, Pan wziął, niech imię Pańskie będzie błogosławione. Czyli wdzięczność za wszystko i zgoda na dynamikę rzeczywistości.
A ja mam wrażenie, że nawet jeśli będzie fala nawróceń, to po epidemii wielu uzna, że skoro jest już bezpiecznie, można wrócić do wygodnego życia.
- My nie jesteśmy chyba społeczeństwem spektakularnych nawróceń. To raczej są fluktuacje. Czasem, „jak trwoga, to do Boga”, czasem zamknięcie się w swoim samozadowoleniu. Albo narzekanie, że religia to tylko wymagania. Jakieś posty, wyrzeczenia, jakaś miłość bliźniego. Taki egoizm i egocentryzm ma się całkiem dobrze w naszym chrześcijańskim kraju. Bo prawie wszyscy mamy jakieś chrześcijańskie korzenie, prawie wszyscy są ochrzczeni i mają background religijny, mają do czego wracać. Zatem widzimy raczej powroty do religijności, do Boga. Albo radykalne odejścia, które nazywamy apostazją.
Prawdopodobnie wierni nie będą mogli pójść w Wielką Sobotę z koszyczkami ze święconką do kościołów.
- Mamy już gotowe propozycje na domową liturgię Wielkiego Tygodnia i Wielkanocy. Jesteśmy zaproszeni, aby odkrywać, że wspólnota rodzinna też jest ważna, że jest Kościół Domowy, że w domu też możemy wspólnie celebrować wydarzenia roku liturgicznego. Poza tym warto zobaczyć, jak liczne są transmisje z sanktuariów i kościołów. Są internetowe rekolekcje, drogi krzyżowe, katechezy. Znam osoby, które w pokoju z telewizorem czy komputerem zrobili ołtarzyk z krzyżem, świecą, ikoną i modlą się korzystając z mediów. I to pomaga im przeżyć ten trudny okres. Jak to będzie w czasie wielkanocnym, ciągle nie wiemy. Wierzymy, że będziemy już po głównej fali zachorowań, że w maju wrócimy do naszych świątyń.
Na co dzień jesteśmy egoistami, ale w czasie epidemii nie brakuje ludzi, którzy potrafią bezinteresownie pomagać, co widzimy w Radomsku.
- I to jest piękne, że nie brakuje takich inicjatyw pomocy, solidarności. Kiedy mieszkałem we Włoszech wielokrotnie słyszałem, że my Polacy darowaliśmy światu ideę solidarności. Kiedy wracałem do Polski mina mi rzedła, ale teraz właśnie zdajemy piękny egzamin z solidarności. Na pierwszej linii są oczywiście lekarze, pielęgniarki, ratownicy. Wspieramy ich jak możemy, jedni szyją maseczki, drudzy produkują jakieś pomoce, ktoś organizuje zbiórkę na to, co jest potrzebne. Wspieramy się też duchowo i modlimy o siły i zdrowie.
Czy epidemia koronawirusa nas zmieni, czy wrócimy do stanu przed nią?
- Trudne pytanie… Wymaga pan ode mnie odpowiedzi prawie jak od proroka…
Pytam zwyczajnie, jak ojciec ocenia to ze swojego osobistego punktu widzenia.
- Myślę, że już nas zmienia i uzdalnia do pokazania tego, co w nas najlepsze. Ale ważne żeby zmieniała tych, którzy odpowiadają za cały system, w którym funkcjonujemy, szczególnie za świat polityki, gospodarki, bezpieczeństwa społecznego. Bo wielu z nas czuje się pionkami w wielkim świecie, gdzie tak niewiele od nas zależy. To nie jest pierwsza epidemia, którą przeżywamy na świecie. Była ebola czy SARS, ale to było gdzieś daleko, w krajach biednych ludzi. I co one nas obchodziły? Jednak świat jest globalną wioską, czy jak mówi papież Franciszek „jednym wspólnym domem”. I coraz bardziej to sobie uświadamiamy. Zaczęło się w Chinach, teraz jest doświadczana Europa, USA bardzo cierpi. O tym, co dzieje się w Afryce czy Ameryce Południowej wiem raczej od kolegów misjonarzy, niż z mediów. Zaskoczeniem dla wielu jest, że tym razem choroba doświadcza wszystkich, nie tylko biednych. Na kwarantannie jest i kanclerz Merkel, i królowa Norwegii. Pytamy: czy wirus jest też w Białym Domu czy na Kremlu, czy dotarł do Watykanu? To są newsy, ale też lekcja, że nikt się nie obroni. Nawet najbogatsi, nawet najpotężniejsze państwa świata. To musi zmienić naszych liderów i zmusić ich do odpowiedzi na pytanie zadane przez papieża „Jak mamy być zdrowi, gdy chory jest cały świat?”
To się wydaje oczywiste. Czy naprawdę musieliśmy czekać na koronawirusa, żeby uświadomić sobie, że jesteśmy równi wobec choroby?
- A skąd tyle nierówności społecznych, które stale się powiększają? Najbogatsi w Rosji i Ameryce już zakupili dla siebie odpowiedni sprzęt medyczny robiąc mini-kliniki w swych rezydencjach. Niestety, często to jest ich cała oferta dla świata.
To chciwość. Ojciec jest optymistą i uważa, że wyciągniemy z tego właściwą lekcję?
- Optymista to złe słowo. Ja mam nadzieję. Nadzieję, że ta lekcja będzie dla nas ważna. Że po tych cierpieniach, po drodze krzyżowej będzie nasze Zmartwychwstanie. Że wspólnie spróbujemy sprawić, żeby ten świat był trochę lepszy, trochę sprawiedliwszy i trochę bardziej solidarny. Mamy szansę. Oczywiście, możemy ją zmarnować. Jak wiele innych poprzednich. Ale ją mamy i mam nadzieję, że tym razem się uda. Zatem nie optymizm, tylko nadzieja.
Rozmawiał Janusz Kucharski
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze