Pacjent: Hejt na szpital? Nie mogę tego słuchać. Robią więcej niż można

Dział: Tylko u nas
05/12/2020 - 09:24
W szpitalu spędził kilka tygodni. Miał covid. Test wyszedł pozytywnie, miał nadzieję, że chorobę przejdzie w miarę łagodnie. Niestety, objawy były coraz poważniejsze, w końcu zaczęły się problemy z oddychaniem. Bez tlenu nie dawał rady, a ten podają w szpitalu. Po badaniu tomografem okazało się, że płuca zostały zaatakowane. Obustronne zapalenie płuc - wpisano w kartę pacjenta.

- I to bardzo poważne, ale nie o tym chciałem mówić, bo takich jak ja w szpitalu było wielu. Chciałem powiedzieć o ludziach, którzy się nami zajmowali. I odpowiedzieć tym, którzy ich tak krytykują, przekonacie się o ich poświęceniu, kiedy sami traficie na oddział.

Pan Wojciech mówi, że czegoś takiego jeszcze nie widział. Trafił na oddział zakaźny, który jako pierwszy w Szpitalu Powiatowym przekształcono w covidowy.

- I to było jak areszt. Nie wolno nam było z sali wyjść, nikomu też nie wolno tam wejść. Dwa razy dziennie obchód, lekarz i pielęgniarka w całym tym stroju ochronnym, którego nie zdejmują po kilka, a czasem i kilkanaście godzin, bo tyle jest pracy. Widziałem jak plastrem i taśmą zalepiają miejsce, gdzie na nadgarstku rękawiczka łączy się z rękawem. Jak zakładają maski. A potem mówiły do mnie, te, które noszą okulary, że w tym całym uniformie to one kompletnie nic nie widzą. Gorąco, wszystko paruje, jak tu się wbić w żyłę? Chyba na ślepo. A i tak dawały radę.

[CZYTAJ] Hejt na szpital. „Tu ludzie są tacy, że nigdy im się nie dogodzi. Dlaczego tak po nas jadą"

OIOM RADOMSKO

Szpital w Radomsku

Ozdrowieniec, bo już nim jest, choć do pełnego zdrowia będzie dochodził jeszcze kilka miesięcy, opowiada, że w nocy nie mógł spać. Gorączka nie dawała. Pocił się tak bardzo, że musiał przebierać się nawet kilkanaście razy. - W pewnym momencie to już nawet nie było się jak na tym łóżku położyć, bo wszystko mokre. To już tylko siedziałem do rana. Bo przecież nie będę wzywał pielęgniarki w środku nocy, nie narażę jej na to, żeby musiał znów się w to ubierać, przechodzić całą tę procedurę. Widziałem jak jedna z nich karmi starszą kobietę, jak prosi, żeby zjadła jeszcze jedną łyżkę, to będzie żyć. Nie musiała, a robiła, to dzień po dniu. Moje mokre prześcieradło przy tym, to żart.

Dodaje, że szpital to nie pięciogwiazdkowy hotel, a jeśli ktoś tak myśli, to jest w błędzie. - Tu się ludzie leczą, tu się walczy o ich życie. Niektórzy lekarze mieli dyżury cztery dni z rzędu, bo pracy tyle, a rąk do pracy tak mało. Takie czasy. Że jedzenie niedobre? Ja nie narzekałem. Podziwiałem, że można to tak zorganizować. Że można w tym reżimie zadbać o to, żeby wszystko było sterylnie zapakowane, nawet łyżka. Że potem można to zebrać tak, żeby nie stanowiło zagrożenia. W końcu to pacjenci covidowi. A jeśli komuś mało albo niesmacznie, to rodzina zawsze może coś donieść, pielęgniarki przyniosą na salę. Z głodu nikt nie umrze.

Pan Wojciech mówi, że jego teściowa, która mieszka w Austrii, też narzeka, ale nie na to, że praktycznie za wszystko musi tam zapłacić. - Za badanie, za skierowanie, za coś tam jeszcze. A tu lekarze, pielęgniarki, salowe, wszyscy biegają jak w jakimś amoku, żeby to wszystko ogarnąć, to się ich jeszcze za to opluwa. Ludzie są straszni. A ja mogę powiedzieć jedno, bardzo, bardzo im wszystkim za to co dla nas robią, dziękuję. Mogę tylko tyle.